NA CZASIE
    Musisz zainstalować Jetpack plugin i włączyć "Statystyki".

Chicago Bulls z sezonu 1995/1996 jest uważany za najlepszą drużynę wszech czasów. Podopieczni Phil Jackson’a byli w tamtym sezonie drużyną niemal idealną. Niektórzy mówią, że grali koszykówkę z innej epoki. Epoki, którą mamy właśnie teraz. Owa drużyna biła wszelkie rekordy a fani z całego świata kibicowali Michael Jordan’owi i spółce. Wszyscy chcieli się identyfikować z tym zespołem. Nieważne, na jakiej hali grały „byki”, wszędzie można było zobaczyć koszulki z numerami: 23, 33 i 91. Dzięki agresywnej obronie oraz efektywności po drugiej stronie boiska, zespół zdołał osiągnąć niebywały stosunek zwycięstw do porażek: 72-10. Na początku Listopada 1995 roku, kiedy zaczęli z bilansem 5-0, chyba nikt się nie spodziewał, że tak się to skończy . Teraz patrzymy na to z podziwem i tęsknotą za latami 90. Czy jest jeszcze szansa na to, że będziemy świadkami pokazu takiej dominacji pojedynczej drużyny, na przestrzeni jednego sezonu?

Co się kryje za sukcesem Chicago Bulls

Dla „Byków” tamtego roku, liczyło się tylko mistrzostwo. To ich pchało do przodu, dodawało agresji i chęci gry do ostatniej kropli potu. Stanowili kolektyw osób, dla których liczyło się tylko zwycięstwo. Byli jak bracia na wojnie, gotowi oddać życie za siebie na placu boju. Bili niebywałe rekordy a na ich sukces złożyło się kilka czynników:

  1. Każdy poszczególny gracz, miał w zespole wyznaczone zadanie i akceptował je. Wszyscy od Jordan’a począwszy a skończywszy na Bill’u Wennington’ie wiedział po co jest w zespole i wypełniał swoje zadania. Mieli głęboką ławkę. Każdy z tych zawodników był wtedy w swojej szczytowej formie. Michael w tamtym sezonie zdobył trzy tytuły MVP (mecz gwiazd, sezon regularny, finały playoffs). Przed nim dokonał tego tylko Willis Reed w 1970 roku. Toni Kukoc został rezerwowym sezonu. Steve Kerr skończył sezon jako drugi pod względem skuteczności zza łuku. Dennis Rodman chwalił się swoim piątym tytułem króla zbiórek z rzędu. Scottie Pippen trafił do defensywnej pierwszej piątki NBA po raz ósmy. Trudno o tyle osiągnięć indywidualnych w jednym zespole podczas jednego sezonu.    7
  2. Defensywa. Co prawda to prawda, Chicago było ofensywnym zespołem ale to obrona wygrywa mecze(a zbiórki mistrzostwa). Tracili wtedy średnio 92.9 punktów na mecz przy 105.2 zdobytych punktów. Daje to nam średnią różnicy 12.3 punktów nad oponentami. W całej historii lepsi w tym wskaźniku byli od nich tylko Lakers z 1972 roku. Średnią różnicę mieli wtedy 12.4 punktów. Zdobywali 121 punktów na mecz a tracili 108.6. Jak widać jest to dużo więcej niż w przypadku Bulls z 1996 roku. Na obwodzie Michael, Pippen oraz Ron Harper stanowili obronę nie do przejścia dla przeciwników. Podkoszowym obrońcą był nie kto inny jak Dennis Rodman, który po prostu szalał w obronie i na deskach. Sam Scottie na temat ich gry w tamtych czasach mówi: „Obrona była naszym największym atrybutem”. W playoffs osiągnęła ona jeszcze większy pułap i zespół Phil Jackson’a tracił średnio 86.8 punktów na mecz. Po sezonie regularnym aż trzech gwiazdorów trafiło do pierwszej piątki ligi. Byli to Pippen, Michael i Dennis.
  3. Phil Jackson. Niekwestionowany przywódca, człowiek, który wykreował Michael’a Jordan’a na gwiazdę i utemperował temperament Dennis’a Rodman’a(przynajmniej na parkiecie). Miał duży wkład w sukces „byków”. Jego strategię trójkątów w ataku zna chyba każdy, a przynajmniej każdy powinien o niej słyszeć. Wykazujący się stoickim spokojem podczas meczów, Phil zasiał w każdym z graczy ziarno pragnienia mistrzowskiego pierścienia. To dzięki niemu zespół stanowił kolektyw i był tak dobry ofensywnie. Wprowadzał on rodzinną atmosferę, dla każdego zawodnika był jak ojciec. Wierzył, że zespół potrzebuje właśnie tych wszystkich konkretnych graczy, by osiągnąć sukces, nawet kiedy Mike mówił, że może zdobyć tytuł nawet bez Rodman’a. Nie zapominajmy przecież, jego sławnego cytatu: perfekcja tkwi w szczegółach”. 6
  4. Piknik. Każdy mecz dla Bulls w tamtych czasach to był piknik. Po prostu świetna zabawa. Wszyscy, którzy widzieli chociaż część z ich meczy w sezonie 96′ będą wiedzieli o czym mówię. Przyjacielska atmosfera, uśmiechy na ławce i boisku. Nawet kiedy coś nie wychodziło. Zaraz… Im zawsze wszystko wychodziło. Ewentualne błędy także kończyły się śmiechem. Nikt nie traktował tego w stylu , że „coś nie wyszło”. „Bykom” zawsze wszystko wychodziło a tylko czasami coś wypadło, ot mały wypadek przy pracy. W większości meczy Jordan nie musiał nawet wychodzić w 4 kwarcie na boisko. Cała pierwsza piątka siedziała w ostatniej kwarcie na ławce.5Wtedy był czas dla rezerwowych i nie przejmowano się, że Beuchler nie trafiał 3 trójek z rzędu. Przeciwnicy, chcący coś jeszcze ugrać, wystawiali pierwsze piątki ale obrona dalej była tak samo twarda. Ponad 90% meczy kończyło się dwucyfrową przewagą po stronie byków. Najlepszym cytatem opisującym tamten sezon, są słowa komentatora meczy Bulls – Johny’ego Kerr’a: „Michael do Scottiego, Dennis stawia zasłonę, dwa punkty. Byki wyglądają dzisiaj świetnie, a atmosfera jest mocno piknikowa.Toni, świetne podanie i Ron Harper za trzy. Ronnie się świetnie bawi. Pippen chyba też, celebrując zagrania kolegi na ławce. Będzie setka czy nie? Jak będzie to dostajemy darmowe Taco! Dennis, traf te rzuty wolne. Tak! Mamy Taco! Warto nie iść jeszcze do domu…”

Czy jest to możliwe do powtórzenia?

Najbliżej tego osiągnięcia byli Dallas Mavericks w 2007 roku z 67 zwycięstwami. Prowadził ich wtedy Avery Johnson. Odpadli  już w pierwszej rundzie podczas pamiętnej serii „We Believe” z Golden State Warriors. Kiedy ma się już te 60 „W” to zadaje się sobie pytanie: Czy warto? Czy warto ścigać legendarny rekord Chicago i Miachael’a Jordan’a? Czy warto marnować siły w sezonie regularnym a w playoffs ciągnąć na „oparach”? Czy może lepiej zregenerować siły i zatankować, póki jeszcze jest szansa na odpoczynek? Po barierze „sześćdziesiątki”, w tych czasach, każde zwycięstwo jest na wagę złota. Jest mnóstwo zespołów, które z chęcią pokrzyżowałyby plany bicia rekordu. Tutaj też zaczyna się fenomen siły „byków”. Jak pisałem wyżej, oni nie ciągnęli tego. Dla nich był to ten tzw. piknik. Dzisiaj NBA jest przesycone gwiazdami. Dużo klubów jest na mniej więcej równym poziomie. Jest wiele różnych „niespodzianek”. Tak skonstruowana jest ta liga. Daje nam koszykówkę na najwyższym poziomie, gdzie zdarzyć może się wszystko. Nie ma stałych liderów, którzy utrzymują się na szczycie tabeli przez cały sezon. Tegoroczny listopad bez porażki zaczęło aż pięć drużyn. Nie jedna. Potrzeba strategicznego geniusza jakim był Jax oraz kompletu ufającym sobie i trenerowi zawodników, żeby powtórzyć to osiągnięcie. Jedyną drużyną obecnie jaka przychodzi mi na myśl jest Golden State Warriors, która w chwili pisania tego artykułu ma bilans 19-2. The Dubs poczynili w wakacje ogromne postępy w defensywie, zwłaszcza Stephon Curry. Klay Thompson błyszczy talentem tak, że zaślepia kibiców. Andrew Bogut jest wreszcie w pełni zdrów a Andre Igoudala startuje z ławki i w ten sposób pomaga drużynie. To był bardzo mądry ruch ze strony Steve Kerr’a – nowego coach’a zespołu, uczestnika historycznego zdarzenia z 96′ roku. Przypadek? Nie sądzę.

 

Co wy sądzicie na ten temat? Sugeruję umieszczanie wypowiedzi w komentarzach pod spodem. Pamiętajcie Też, że możecie udostępniać nasze teksty.

 

Autor: Maciej Wojciechowski

 

 

 

 

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany