NA CZASIE
    Musisz zainstalować Jetpack plugin i włączyć "Statystyki".

„Nigdy bym nie pomyślał, że mój numer zawiśnie pod jakąkolwiek kopułą hali NBA. Mimo, że nosiłem wiele uniformów w lidze jestem wdzięczny, że moja koszulka została zastrzeżona w Atlancie – mieście, które teraz nazywam swoim domem.”

Kiedy przyjechał do Ameryki, Dikembe Mutombo zaczynał życie od nowa. Znalezienie domu poza nim było dla niego najważniejsze – nawet bardziej niż koszykówka. Gdy przyleciał do Stanów wszyscy troszczyli się o to, aby poczuł się, jak w swoim domu. Po tym, jak wylądował na lotnisku w roku 1987 trzech studentów czekało na niego witając go w języku Francuskim, bo Mutombo nie znał jeszcze angielskiego. „Czułem się wtedy zagubiony w wielkim mieście. Nigdy im tego nie zapomnę, nawet w dalszym ciągu mam kontakt z kilkoma z nich.”

Trener John Thompson wierzył w Kongijczyka odkąd ten zawitał na Uniwersytecie Georgetown.

Zanim przybyłem do Georgetown, media pytały „Kto to ten… Mutamby?” Nikt nie potrafił wymówić mojego pełnego imienia: Dikembe Mutombo Mpolondo Mukamba Jean-Jacques Wamutombo.

Więc coach Thompson zwołał konferencję prasową. Nikt nie widział jeszcze, jak gram w koszykówkę. Nikt w ogóle mnie nie widział. Trener postanowił, że się zabawi.

„Mamy nowego rekruta z Afryki.” – ogłosił. „Poczekajcie, aż go zobaczycie. Mierzy 177 centymetrów, ale będzie świetnym graczem.”

Szczęki opadły wszystkim, gdy pojawiłem się na treningu. Wyglądało to, jakbym urósł 40 centymetrów przez tydzień.

Mutombo widział ojca w trenerze Thompsonie odkąd zawitał za Ocean. Nauczył go, jak grać w koszykówkę, ale także, jak stać się mężczyzną. W Georgetown Dikembe nauczył się kochać grę, ale także Uniwersytet przygotował go do sytuacji, kiedy będzie musiał powiedzieć sobie „Dość!”. Mutombo wspomina słowa trenera: „Piłka kiedyś w końcu przestanie się odbijać. Możesz być tak wielki, jak twoje umiejętności na parkiecie, ale pewnego dnia to wszystko się skończy. Co wtedy zrobisz?”

Pod wodzą trenera Thompsona nie mogłeś być dobrym graczem, jeśli odpuszczałeś szkołę. Nauczyłem się tego na swoim drugim roku na uczelni. Opuściłem tylko jeden dzień w całym roku. Ale nawet ten jeden dzień okazał się być błędem. Obudziłem się wtedy z bólem zęba i zdecydowałem, że nie pójdę tego dnia na zajęcia. Poszedłem od razu do dentysty i zapomniałem zadzwonić do biura, żeby dać im znać o mojej absencji. Po popołudniu poszedłem na trening, a w mojej szafce była koperta, w której znajdował się bilet powrotny do Kongo z moim nazwiskiem. Był to lot w jedną stronę… I nie, to nie był fałszywy bilet. Thompson naprawdę kupił mi przelot na mojej nazwisko.

Dzisiaj śmiejemy się z tego, ale tamtego dnia nie było mi do śmiechu. Zacząłem płakać przy szafce. W tym samym miesiącu moich dwóch kolegów zawieszono, a ja nie chciałem być trzecim. Coach Thompson lubił robić żarty, ale był przy tym też strasznie poważny.

Po tej akcji Mutombo pojawiał się w szkole codziennie.

untitled-2

Patrick Ewing jest do dzisiaj moim bratem, ale kiedy byliśmy w Gorgetown był dla mnie bardzo surowy. Będąc gwiazdą NBA wrócił do nas przy okazji letniego campu pomagając trenerom. Pokazywał mi, co zrobić, aby przenieść swój poziom gry na wyżyny.

Nigdy nie widziałem, żeby ktoś trenował tak ciężko, jak Patrick. Nie wiem, czy widzieliście, jak on poci się podczas gry. Uwierzcie, że na treningach tego potu było dwa razy więcej. Patrick był zawsze spocony, bo tak ciężko trenował – na treningu, czy podczas meczu… To bez różnicy.

Latem Patrick budził nas bardzo wcześnie na trening. Byliśmy studentami, więc niechętnie podnosiliśmy tyłki z samego rana. Wtedy krzyczał, że się spóźniamy. Padały takie wyzwiska, że nawet nie jestem w stanie ich powtórzyć. Chciał, żebyśmy trenowali siedem dni w tygodniu.

Mówiłem mu wtedy, „Patrick, jest niedziela. Chciałbym pójść do kościoła…”

Od rana mieliśmy siłownię, potem lunch, następnie Patrick zmuszał nas do powrotu na salę po południu. Trenowaliśmy 6-7 godzin dziennie.

Patrząc w przeszłość pytam siebie „Stary, jak mogłem przez to wszystko przejść?” Ale jak można odmówić treningu z gościem, który był wtedy na topie ligi? Był jednym z najlepszych centrów w NBA. Zmuszałem się do ciężkiej pracy, bo chciałem być taki, jak on. Dzisiaj jestem mu za to niezmiernie wdzięczny.

Alonzo Mourning był kolejnym, który mnie zainspirował. Był gwiazdą, gdy ja byłem po prostu „świeżakiem”, ale pamiętam, że traktował mnie z respektem. Miał niesamowitą etykę pracy. Alonzo dawał z siebie wszystko każdego dnia na treningach. Trener Thompson kazał mu mnie kryć i tak się poznaliśmy. Dzisiaj oboje jesteśmy w Hall Of Fame i bardzo pozytywnie wspominamy tamte czasy.

Następnym, który był dla mnie idolem jest Hakeem Olajuwon. Inspirował mnie jeszcze zanim go poznałem. Czytałem artykuły o dominującym Afrykańskim koszykarzu, który szedł tą samą drogą, co ja. Otworzył drzwi do NBA dla większości obcokrajowców. Hakeem zawsze powtarzał „Nie chodzi o to skąd pochodzisz, a gdzie będziesz jutro.” Wtedy myślałem, że skoro on to osiągnął to czemu i ja nie mogę tego zrobić, prawda?

Od Hakeema nauczyłem się wiele na temat obrony. Każdy znał go z umiejętności obrony, ale na mnie wrażenie robiły jego bloki. Pokazał, że nie chodzi w tym o wyskok tylko timing. Hakkem potrafił wyczuć moment, w którym wyskoczyć i w perfekcyjnym momencie wybić piłkę – bez faulu. Nie miał wielkiego wzrostu, ale potrafił blokować rzuty, jak nikt inny w lidze.

Zeszłego lata spełniły się moje marzenia i grałem z nim podczas NBA Africa Game.

hakeem_mutombo_africa

Steve Smith to jeden z najlepszych kumpli z zespołu, jakiego miałem. Oboje byliśmy wydraftowani w tym samym dniu – ja z czwórką, on z piątką. Pobraliśmy się też tego samego dnia i zabraliśmy żony na miesiąc miodowy w to samo miejsce. Nawet urodziny naszych żon przypadają dzień po sobie. Mieszkamy na tej samej ulicy w Atlancie, a nasze dzieci się przyjaźnią. Steve jest dla mnie, jak prawdziwy brat.

Gdziekolwiek idę, wszyscy kiwają w moim kierunku palcem. Odpowiadam im tym samym. To jak powitanie.

No, no, no.

Kiedykolwiek kogoś zablokowałem kończyłem akcję „finger wagiem”. Ale to nie dlatego, że chciałem kogokolwiek obrazić. Chodziło mi o to, aby ludzie mnie zapamiętali, wiedzieli, że kontroluję strefę pod koszem. Chciałem, żeby ludzie wiedzieli, że gdy pojawię się na boisku nikt nie ośmieli się wejść pod kosz.

Jestem bardzo wdzięczny organizacji Hawks, że dołączyli moje nazwisko do czterech innych, także uhonorowanych. Do wszystkich, którzy uczynili to miejsce moim domem kieruję wielkie „Dziękuję!” Atlanta to mój dom, NBA to mój dom. Nigdzie się nie wybieram, będę kontynuował swoją pracę ambasadora NBA.

I jeśli spotkasz mnie na ulicy, mam nadzieję, że mi pomachasz. Teraz już wiesz, w jaki sposób to zrobić.

https://www.youtube.com/watch?v=5heo-dmvEAk

art_rabat

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany