NA CZASIE
    Musisz zainstalować Jetpack plugin i włączyć "Statystyki".

Czas na podsumowanie kolejnej kolejki zmagań NBA. Dzisiaj o świetnie dysponowanym Greek Freaku, strzelbie Anthonym Davisie oraz porażce Spurs we własnej hali. Zaczynamy.

Cleveland Cavaliers — Milwaukee Bucks 101:118

Po świetnie wyegzekwowanej trzeciej kwarcie Milwaukee Bucks sukcesywnie obronili przewagę własnego parkietu przeciwko mistrzowskim Cleveland Cavaliers.

Nawet wejście LeBrona w ostatnich chwilach spotkania nie zmieniło losów gry i podopieczni Jasona Kidda triumfowali we własnej hali.

„To świetne zwycięstwo przeciwko obrońcom tytułu. Giannis staje się lepszy z dnia na dzień. Występował dzisiaj przeciwko najlepszemu koszykarzowi na ziemi.”

Antetokounmpo wyrównał swój punktowy rekord kariery, wbijając Kawalerzystom 34 punkty i wyrywając pod koszem 12 piłek. Milwaukee zakończyli tym samym serię Cavs, którzy byli niepokonani od ostatnich czterech spotkań.

Krótko przed wznowieniem gry Jason Terry występujący w drużynie gospodarzy wstał z ławki, aby przywitać się z J.R. Smithem. Ten także oddał się w ręce The Jeta, ale zapomniał, że powinien kryć Tony’ego Snella, który ściął pod kosz i skończył wszystko wsadem.

Channing Frye nie wystąpił w kolejnym, drugim już spotkaniu z rzędu. Absencja wywołana jest śmiercią ojca koszykarza, który odszedł 24 listopada. Drużyna spodziewa się powrotu weterana w ten czwartek.

Do gry ma wrócić także Iman Shumpert, co powinno zwiększyć liczbę punktów Cavs od graczy wchodzących z ławki. W pojedynku z Bucks rezerwowi wrzucili zaledwie 5 punktów w pierwszej połowie, co wydaje się głównym powodem trzeciej porażki Cleveland w aktualnym sezonie.

Detroit Pistons — Charlotte Hornets 112:89

Brak Andre Drummonda, którego wysłano do szatni w drugiej kwarcie spotkania przeciwko Charlotte nie przeszkodził Detroit w odniesieniu 9. zwycięstwa w sezonie.

Duet Caldwell-Pope-Morris zaliczyli po 18 punktów, Tobias Harris dołożył swoje 24 oczka, a Ish Smith dostarczył drużynie dodatkowe 13 punktów wliczając w to dwa layupy od kosza do kosza.

Bez swojego lidera Pistons potrafili w dalszym ciągu powiększać przewagę, która po zakończeniu gry wynosiła 23 punkty. Drummond został wysłany do szatni po drugim flagrant faulu, gdy potraktował łokciem w głowę Roya Hibberta. Center i gwiazda Detroit dość roześmiany wracał do kuluarów hali i nie mógł uwierzyć, za co kończy spotkanie przed czasem.

„Wykluczenie Andre było kluczowe dla całego spotkania. Przegrywaliśmy przed popełnieniem faulu, a skończyliśmy połowę z trzypunktowym prowadzeniem. Myślę, że to dobry wynik.”

Drummond twierdzi, że jego zagranie nie było celowe. Sami zobaczcie.

„Nie tworzę zasad gry. Po prostu gram. Według nich zrobiłem coś nadzwyczajnego. Każdy, kto mnie zna, wie, jakim graczem jestem. To może nie była dla mnie najlepsza decyzja, ale pogodziłem się z nią i zszedłem z parkietu.” – komentował po meczu.

W Charlotte wyróżniał się jak zwykle Kemba Walker wrzucający Pistons 23 punkty w czwartym rozgrywanym spotkaniu Hornets w ciągu ostatnich pięciu dni. Trener Szerszeni wziął to pod uwagę, tłumacząc porażkę zbyt dużym zmęczeniem graczy.

Pistons swoje ostatnie spotkanie rozgrywali w sobotni wieczór, więc byli bardziej żywi i wypoczęci.

Wygraną z Charlotte, Detroit Pistons zakończyli suszę na wyjeździe, która trwała trzy spotkania. Koszykarze z Motor City zaliczyli także season-high w postaci 12. trójek.

LA Clippers — Brooklyn Nets 122:127

Śmieszna. Tak można określić wczorajszą grę Clippers. Do śmiechu jednak nie było, bo drużyna ze słonecznej Kalifornii przegrała z Nets po dwóch dogrywkach.

Sean Kilpatrick trafił 31 z 38 rzuconych punktów dopiero po trzeciej kwarcie. Wynik jest jego rekordem kariery, a Netsi zatrzymali swój beznadziejny streak, wygrywając pierwszy mecz od siedmiu spotkań.

Clippers zaczęli bez Griffina, potem do tego zszedł Rivers. I nie chodzi tutaj o syna trenera tylko o samego Doca. Los Angeles zdmuchnęło swoją 18-punktową przewagę w mgnieniu oka, nie okazując respektu rywalowi i założeniom trenera.

„Biegaliśmy po boisku tak, jak byśmy się czymś martwili. Nie zrobiliśmy zupełnie nic. Nic. Jeśli wychodzimy na parkiet, nie mając serca do walki, nie ma szans na to, żeby wygrać spotkanie na takim poziomie.”

Chris Paul dowodził w przegranym zespole. Jego 26 punktów i 13 asyst nie uchroniło jednak Clippers przed klęską i znacznie przyćmiło CP3 w porównaniu do występu drugiego z obrońców – Kilpatricka zaliczającego mecz życia. Oprócz rekordu punktów Sean dołożył do worka także career-high 14 zbiórek.

Doc Rivers był tak wściekły na sędziów, że DeAndre Jordan musiał go przytrzymać, żeby jego szkoleniowiec nie zrobił krzywdy prowadzącemu spotkanie Kenowi Mauerowi. Trener Clippers po odgwizdanym przewinieniu opuścił strefę przeznaczoną dla niego i udał się na drugi koniec boiska, żeby powiedzieć sędziemu, co o nim myśli. W rezultacie były trener Bostonu otrzymał technika i musiał resztę spotkania spędzić w szatni. Ma czego żałować, bo Kilpatrick dopiero się rozkręcał, trafiając trójkę na 13 sekund do końca.

Los Angeles nie napawa optymizmem. Panowie z LA przegrali ostatnie dwa spotkania przeciwko Detroit i Indianie. Drugi mecz to zaledwie 70 trafionych punktów, co nie zdarzyło się od 13 lat w historii klubu.

Los Angeles Lakers — New Orleans Hornets 88:105

Niestety, druga siła Los Angeles także musiała kończyć spotkanie w smutku. Najpierw kontuzja achillesa Nicka Younga, który został wyprowadzony z hali, a potem porażka przeciwko dominującemu Davisowi i spółce.

„Podałbym mu nawet w przypadku, gdy pilnowałoby go czterech obrońców. Trafia z niesamowitą łatwością” – tak komentował świetny występ kolegi Jrue Holiday wracający po kontuzji.

Davis zaliczył 41 punktów i 16 zbiórek pomagając z pewnością pokonać gorzej dysponowanych Los Angeles Lakers, którzy powinni wrócić na optymalny tor po powrocie Juliusa Randle’a.

W obozie LA wyróżniał się Lou Williams (16 punktów), a także wcześniej wspomniany Randle zaliczający double-double na poziomie 12 oczek i 10 zbiórek. Nie pozwoliło to jednak Lakers odrobić 20-punktowej przewagi.

Anthony Davis posiada aktualnie średnią punktową na poziomie prawie 32 punktów. Nie wygląda na to, żeby chłopak miał zwolnić. Ostatnie sześć spotkań to 36 albo więcej punktów. Nie ma wątpliwości co do tego, kto rządzi u Pelikanów.

Orlando Magic — San Antonio Spurs 95:83

Lekkie zdziwienie na twarzy fanów Spurs? W zeszłym sezonie byli praktycznie niepokonani na własnym parkiecie (zaledwie jedna porażka w sezonie 2015-16), a wczoraj w nocy musieli uznać wyższość Orlando.

Tutaj akurat bez niespodzianek. Serge Ibaka 18 oczek wydarł dość słabe spotkanie Poppovichowi i spółce. Hiszpan w dalszym ciągu pokazuje się z dobrej strony w nowych barwach, dając Orlando szansę na dobrą pozycję przed pierwszą częścią sezonu.

Przegrana San Antonio to nie przypadek. Season-high w postaci 19 strat trochę odrzuca, ale Greg Poppovich pozostaje optymistą.

„Grali bardzo dobrze. Ich obrona jest bardzo solidna i to było naszą piętą achillesową.”

Gracze obu drużyn wraz ze zgromadzoną w hali publicznością oddali hołd ofiarom tragedii lotniczej, która zabiła piłkarzy Chapecoense – Brazyliskiej drużyny piłkarskiej.

Houston Rockets — Utah Jazz 101:120

Utah Jazz pokonali wczoraj faworyzowanych Houston z maszyną do triple-double w składzie, czyli Jamesem Hardenem. Sami zwycięzcy nie dowierzali do końca temu, co wpadło im w ich własnej hali.

„Czasami po prostu tak jest. Mieliśmy dobre pozycje do rzutu i co najważniejsze piłka znajdowała siatkę. Dzisiaj wszystko nam wychodziło” [Quin Sneyder].

Gordon Hayward zaliczył najlepszy dotąd wynik w tym sezonie, wrzucając Rakietom 31 punktów. To czwarte z rzędu zwycięstwo Jazz, którzy zaczęli bardzo mocno. Rodney Hood także pomógł drużynie w runie 20-5, z którego Houston już się nie podnieśli.

Rudy Gobert z jedenastym double-double w tym sezonie. 16 punktów, 14 zbiórek i trzy bloki brzmi solidnie i co ważne znacząco pomogło zespołowi na obu końcach boiska.

James Harden dalej w gazie, ale jego 26 punktów nie wystarczyło. Jego kolega Eric Gordon wrzucił Jazz 24 punkty, wchodząc z ławki.

przeczytales-art2

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany